
Zabieram Was dziś do miejsca, które wielu porównuje do jordańskiej Petry – choć to porównanie nie oddaje w pełni jego charakteru. Hegra, leżąca w okolicach Al Uli, to jeden z najważniejszych zabytków Arabii Saudyjskiej, a zarazem miejsce, które wciąż zaskakuje pustką, spokojem i skalnym pięknem niemal całkowicie wolnym od masowej turystyki. To kolejny przystanek mojej podróży przez ten kraj – etap, w którym czas zatrzymał się w piaskowcach, nabatejskich grobowcach i formacjach wyrzeźbionych przez naturę znacznie wcześniej, niż powstały jakiekolwiek mapy.



Pamiętam doskonale moment, gdy opuszczaliśmy Rijad. Za oknami autobusu przesuwały się nowoczesne wieżowce, osiedla, setki świateł. Jechaliśmy wielopasmową, miejscami zakorkowaną drogą w kierunku lotniska, otoczeni metropolią, która pulsowała energią – głośną, uporządkowaną, zbudowaną na kontrastach. Stolica – szybka, pewna siebie, nieustannie rosnąca w górę i wszerz. Nic nie zapowiadało, że już wkrótce znajdziemy się w miejscu, które wygląda, jakby zapomniało, że istnieje XXI wiek.
Do Al Uli dotarliśmy późnym wieczorem, samolotem. Za oknem panowała ciemność, przerywana jedynie światłami kabiny i odległymi punktami w pustce. Droga z lotniska do hotelu – gładka, szeroka, nowa – jak wszystko, co widzieliśmy do tej pory. Czuć było inwestycje, wszystko dopięte, nic nieprzypadkowe.
Pierwsze skały zobaczyliśmy tuż przy hotelu, zanim jeszcze zdążyliśmy się rozpakować. Stały dookoła jak scenografia – oświetlone, nieruchome, niemal teatralne. Pomyślałam, że to miejsce musi być wyjątkowe. I już kolejnego poranka okazało się, że nie chodzi o kilka przypadkowych formacji, ale o całe dziesiątki, setki, a może i tysiące kilometrów surowego krajobrazu – wyrzeźbionego w piaskowcu, nierealnego, jak z innej planety. W autobusie nie dało się oderwać wzroku od szyby – skalne ściany wyrastały z ziemi jak wyrzeźbione ręką artysty, jedna za drugą, w nieskończoność.
Krajobraz był prosty i surowy. Kamień, piasek, powietrze drżące od gorąca. Nie było w nim nic wygładzonego. A jednak wystarczyło jedno spojrzenie na równe rzędy daktylowców przecinające pustkowie, by uruchomić wyobraźnię. Bo przecież kiedyś ta ziemia była zielona. Przez tysiące lat tętniła życiem – rosły tu trawy, pasły się zwierzęta, ludzie przemierzali te tereny, zostawiając po sobie ślady na skałach i w ziemi. Dziś wszystko pokrywa kurz i cisza.



Piaskowce, które otaczają Al Ulę, to dzieło setek tysięcy lat erozji. Wiatr, woda i piasek wyrzeźbiły je w sposób, który można uznać za monumentalną rzeźbę – naturalną, precyzyjną, zupełnie nieprzypadkową. Ich miękka struktura pozwoliła też ludziom zostawić coś po sobie. W tych skałach powstawały inskrypcje, znaki, symbole – zapisane przez Dadanitów, Tamudejczyków, Nabatejczyków. Archeolodzy i językoznawcy odczytują dziś te pamiątki – często to imiona zmarłych, modlitwy, inskrypcje religijne lub upamiętniające ważne osoby.

Jednym z pierwszych przystanków była dla nas niezwykła formacja skalna – przypominająca ludzką twarz. Jej profil wyłaniał się z piaskowca w sposób niemal nienaturalny – jakby ktoś z premedytacją wyrzeźbił go dłutem. Ostre rysy, proporcje, cień padający dokładnie tam, gdzie trzeba – nie sposób było od niej oderwać wzroku.
To ciekawe, bo gdy mówi się o naturalnych formacjach skalnych w Al Uli, większość od razu przywołuje Słoniową Skałę – charakterystyczny łuk przypominający stojącego słonia, który stał się niemal symbolem regionu. Tymczasem natura ma na swoim koncie znacznie więcej dzieł sztuki. Ten profil – cichy, nieoczywisty, ukryty wśród dziesiątek innych bloków – był tego najlepszym dowodem.



Kolejnym miejscem była Hegra – starożytne miasto Nabatejczyków, znane również jako Mada’in Salih. W czasach, gdy Petra przeżywała swój rozkwit, Al Ula pełniła rolę północnego ogniwa na szlaku handlowym imperium. Choć nie dorównuje Petrze rozmiarem, nie ustępuje jej pod względem kunsztu. Grobowce wykute w miękkim piaskowcu to nie tylko przykłady zaawansowanej architektury, ale także świadectwo kultu religijnego i znaczenia rytuałów pogrzebowych.
Najbardziej znany z nich, Qasr al-Farid – „Samotny Pałac” – przyciąga uwagę swoją monumentalnością i charakterystycznie niedokończoną dolną częścią. Fasada wyrasta samotnie z pustkowia, sprawiając wrażenie, jakby została tam osadzona nagle, poza kontekstem, poza narracją reszty nekropolii.
Mimo że Hegra została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO już w 2008 roku jako pierwszy obiekt z Arabii Saudyjskiej, wciąż nie jest miejscem masowo odwiedzanym. Przez wiele lat miejsce to było uznawane za „przeklęte” – w kulturze lokalnej wiązano je z ludem Thamud, wspomnianym w Koranie jako społeczeństwo ukarane przez Boga za odrzucenie proroka Salih. Wierzono, że ruiny Hegry są pozostałością po tej cywilizacji, a ich odwiedzanie może sprowadzić nieszczęście.
Dla wielu Saudyjczyków to miejsce długo funkcjonowało jako tabu – przestrzeń śmierci, kary i zapomnienia. Dopiero niedawno, wraz z otwarciem kraju na turystykę i reinterpretacją własnej przeszłości, Hegra zaczęła być traktowana jako bezcenny element dziedzictwa, a nie zagrożenie duchowe.
Podczas naszej wizyty byliśmy niemal zupełnie sami. Poza kilkorgiem tureckich turystów – cisza. Niezwykłe doświadczenie. Nie w sensie patetycznym – po prostu rzadko dziś można przebywać w miejscu o takim ciężarze i pięknie, które jeszcze nie zostało przeżute przez masową turystykę, stragany i autokary z przewodnikami na megafonach.
I może właśnie to niezepsucie, ta autentyczność, jest jednym z powodów, dla których od samego początku z całego serca polecam ten kierunek. Arabia Saudyjska wciąż jest miejscem, które zdumiewa – a przy tym zachowuje coś, czego wiele regionów świata już dawno się pozbyło: spokój i surowość.

Dodaj komentarz